wtorek, 26 marca 2013

Co Masłowska ma do jogi albo Opowieści Starych Samurajów*

Ponieważ w literaturze nie-przedmiotu wątki fitnessowe pojawiają się niezwykle rzadko, warto zwrócić uwagę, kiedy już się pojawią. Zwłaszcza, jeśli pojawiają się w miejscu niespodziewanym - w najnowszej powieści Doroty Masłowskiej noszącej tytuł (moim skromnym zdaniem, najlepszy z tego całego przedsięwzięcia) Kochanie, zabiłam nasze koty.

Nie jest to miejsce na recenzję książki, jednak parę słów napisać wypada: rzecz jest dość sprawna językowo (choć mocno niekonsekwentna nawet w tym wymiarze, bądź co bądź tworzącym markę autorki), momentami dowcipna, a poza tym zawierająca banalne i oklepane refleksje na tematy dotyczące miałkości i powierzchowności w zasadzie wszystkiego: relacji, oczekiwań, egzystencji i życia wewnętrznego bohaterów. Czyli nic nowego, więc niektórzy są zachwyceni.

Co jednak ciekawe, jednym z przejawów tej właśnie miałkości jest joga, na którą uczęszczają dwie bohaterki powieści. Z tą powieściową jogą wiąże się obowiązkowa lektura magazynu Yogalife, serwującego czytelni(cz)kom papkę w rodzaju "Medytacja - wybieramy najlepsze gadżety!" (s. 5), "Czy jesteś sexy joginką?" (s. 6) oraz wypracowywanie pseudogłębokich rytuałów, jak niejeżdżenie na jogę samochodem i przejście na buddyzm w ramach shopping for religion. Masłowską ta joga uwierać musi w sposób szczególny, bo pastwi się nad nią nieprzerwanie niemal do samiuteńkiego końca powieści, wymyślając coraz bardziej karkołomne konstrukcje ("Puściłaś kiedyś smrodliwego bączka podczas 'Powitania słońca'? Poślizgnęłaś się na rozsypanym musli? To uważaj. [...] [M]ożesz być JOGAPECHOWCEM!" (s. 134)).

Masłowska chyba nie zauważyła (bo skoro tak się dziwi i szydzi, to chyba nie zauważyła?), że nieodzownym elementem upowszechnienia (technologii, trendu, whatever) jest równanie do najmniejszego wspólnego mianownika (weźmy chociażby upowszechnienie dostępu do wyższej edukacji - owszem, można sobie wzdychać, jak by to było pięknie, gdyby każdy nadal znał swoje miejsce i nie rwał się na markieting i mieniedżment, ale jeśli spojrzymy na to globalnie, może nie byłoby tak pięknie, gdyby tylko wybrani mieli dostęp do bieżącej wody). Czy Masłowska drwi, bo jej się wydaje, że jogę powinni praktykować tylko jogini od pięciu pokoleń, najlepiej w Pune lub Mysore, koniecznie w zgrzebnym gieźle, a broń Boże w niebieskich dresach (s. 12)? Żałosne mi się to wydaje, takie Opowieści Starych Samurajów.


*Opowieści Starych Samurajów to taki nasz domowy koncept, który narodził się kilka lat temu podczas poszukiwań przepisu na ryż do sushi. Otóż na jakimś forum wyczytałam, że ten ryż do sushi, który z reguły znajduje się w sprzedaży w naszym kraju nie nadaje się do niczego, i że ryż należy kupować wyłącznie świeżo zebrany, czyli we wrześniu, ewentualnie październiku, i należy wtedy zrobić zapasy na cały rok (!!!). Bo z innego ryżu to sushi to nie będzie sushi. Hm. To jest właśnie przykład Opowieści Starych Samurajów**.

** Opowieści Starych Samurajów występują oczywiście również w odmianach lokalnych, na przykład jako Opowieści Starożytnych Rzymian (na temat przygotowywania pizzy czy pasty) czy dowolnych innych, jednak Opowieści Starych Samurajów brzmią wyjątkowo wdzięcznie, n'est ce pas?


Zasadniczo bardzo się spinam i narowię, kiedy ktoś mi mówi, że istnieje dokładnie jedna jedyna właściwa droga robienia czegokolwiek. Bardzo to konserwatywne myślenie.

Szczególnie jeśli chodzi o aktywność fizyczną, która jakoś nie jest naszym narodowym wyróżnikiem. Chyba że przed telewizorem. Wtedy to tak.

Ale pewnie, zawsze łatwiej spojrzeć z politowaniem na czyjąś matę do jogi marki najk czy tam inny ribok, na klocek z pianki syntetycznej, na niebieskie dresy, można się wtedy poczuć tak światowo i inteligencko - jak ten milioner z reportażu Winnickiej, ten co się dorobił na zdjęciach DiCaprio i w młodości twierdził, że sport jest dla hołoty (a on ze szlachty był). Ale jak ktoś czytał, to wie, że teraz pan trenuje balet. I słusznie. Fitness to nie sport:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz